Z agencyjnymi mieszkaniami jest jak na loterii, w której nie wiesz co jest do wygrania, ale i tak bierzesz udział. Zgadzasz się na to decydując się na wyjazd do Holandii. Spotkanie się więc z rzeczywistością może być niezłym wyzwaniem.

Już w pierwszy weekend trafiłam razem z koleżanką na domek, który stał sobie pośród niczego, w polu dosłownie. Domek od strony drogi wyglądał całkiem normalnie. Z tyłu czekała niespodzianka – kontener przerobiony na pokoje, łazienkę i kuchnio-jadalnio-wszystko. Wszystko w dodatku na totalnym ***, bez komunikacji miejskiej w pobliżu.

Pokoje były nawet spoko, dwa łóżka z podwójnymi materacami (spało się wysoko i średnio wygodnie, ale to już indywidualna kwestia) i dwie biało-zielone szafy. Do tego mały stoliczek i krzesła no i telewizor na ścianie. Okno po środku pokoju i widok na przyrodę lub chwasty, zależy od tego kto co chciał widzieć.

Łazienka przypominała pomieszczenie sanitarne z trzema prysznicami i (chyba) trzema umywalkami, nie można było zostawić tam nic swojego. W kuchni czekał kawałek miejsca na przechowywanie jedzenia i półka w lodówce. Pośrodku tego pomieszczenia stał stół, gdzieś w rogu kanapy, które swoje już przeszły i krzesła czy fotele. To było miejsce nie tylko do gotowania i jedzenia, ale też picia, imprez, oglądania TV, słuchania radia, a dla niektórych nawet miejscem na drzemkę czy zwykłą poczekalnią.

Najbliższy sklep znajdował się w odległości kilka kilometrów. Trasa była znośna, ale wyobraź sobie iść pół godziny z pełnymi siatkami. Oczywiście do dyspozycji były rowery, a czasem przejażdżka busem. Sama okolica to tak naprawdę mała wioska leżąca nad ogromnym jeziorem. Tylko natura, ścieżki rowerowe i pola. Jedyną rozrywką na weekend była więc imprezka na domku, czy chcesz czy nie.

Pierwsza noc była trudna. Nowe miejsce, obcy ludzie wokół, nigdy nie wiesz kto śpi w pokoju obok. Rano nie wiesz co się dzieje, kolejka do łazienki, potem do kuchni i palnika, generalnie nowy rytm życia, w którym nic nie będzie tak jak chcesz, tylko tak jak wypadnie. A teraz wyobraź sobie, że wszyscy mogą zaczynać na tą samą zmianę, a współlokatorka nie rozumie co znaczy szybki prysznic.

Ciekawostką jest, że wielu ludziom to naprawdę nie przeszkadza. Po rozmowie z kilkoma lokatorami okazało się, że ludzie pracują i żyją tam już kilka lat. Dzieląc łazienkę i kuchnię co najmniej raz w tygodniu z kimś nowym. To daje do zrozumienia, że do nowych warunków życia da się przyzwyczaić albo po prostu czuć się jak na wiecznych wakacjach.

Czym jest lekcja przetrwania? To życie w jednym miejscu z ludźmi z różnych regionów Polski, z przeróżnymi upodobaniami i zachowaniami. Nagle musisz wyjść z własnej strefy komfortu i przebywać z osobami, które wcale nie muszą być w twoim typie. Biorąc prysznic nie chcesz nikogo obudzić, ale nikt nie zwraca uwagi, gdy jest piątek, a ty chcesz iść spać, bo w sobotę pracujesz. Impreza to impreza i po którymś piwie nikogo nie obchodzi, że wstajesz o 5 rano. Mimo to musisz nauczyć się żyć w grupie… ale lepiej pasuje tutaj określenie w dżungli.

Ciekawy artykuł? Udostępnij go u siebie i pomóż nam rozwinąć ten portal!