Łatwo się śmiać z „Polaka Cebulaka”, który za granicą szaleje z reklamówką z Biedronki i podbija Internet. Albo z typowego, pijanego Janusza, który z niechlujnie wciśniętą koszulką w dres jest pierwszy w kolejce do awantur. Czasami zdjęcia i opowieści na temat polaków za granicą są tak absurdalne, że wręcz niemożliwe, by mogły się wydarzyć naprawdę. Po paru latach siedzenia na obczyźnie jestem w stanie uwierzyć we wszystko i wstyd mi czasem, że jestem z Polski.

Wsiadając do autobusu, który miał wywieź mnie ponad tysiąc kilometrów od Śląska, nie miałam zielonego pojęcia, jaki przekrój społeczeństwa czeka na mnie w Holandii. Nie wiedziałam nawet, co tak naprawdę znaczy popularne na Śląsku określenie „Gorol” dopóki nie poznałam ludzi z różnych zakątków Polski, dopóki nie przyszedł weekend i każdy kolejny weekend, którego motto brzmiało krótko „alkohol i dragi”. Cotygodniowy przemiał ludzi na firmowym domku z pewnością nie jest dla ludzi o słabych nerwach. Planujesz wyjechać? Omijaj zaludnione hotele biur pracy. Jak trafi się ekipa zgodna, która potrafi się wzajemnie dogadać i poczilować, to jest super. Nie ma problemu ze sprzątaniem, w kuchni nie zastaniesz syfu, bo jednak każdy się szanuje i chce żyć choć trochę normalnie. Ale czy na emigracji da się żyć normalnie, kiedy dwadzieścia, trzydzieści, a nawet sto ludzi żyje w jednym budynku?

Hotele oferowane przez pośredników to coś na wzór obozu przetrwania, do którego zamykają kilkadziesiąt rodaków z najróżniejszych zakątków, zazwyczaj gdzieś na odludziu, by nie przeszkadzali spokojnym Holendrom, i liczą na to, że się nie pozabijają. Wrzucają po dwie, trzy, a czasem nawet po pięć osób do jednego pokoju mówiąc krótko: „Nowy współlokator”. I wtedy tworzy się genialny scenariusz do filmu o absurdach Polaków, który o dziwo nie byłby komedią, a prawdziwym dramatem. To jak dżungla, w której po tygodniu poznasz wszystkie stada i musisz znaleźć swój gatunek, bo albo ześwirujesz albo zaczniesz jak wrona krakać. Są ludzie i ludziska – mówią. Prawda jednak taka, że częściej trafisz na bydło, które we wszystkim mądrzejsze, a w sklepie fajki kupuje na migi (lub po polsku, mówiąc sylabami z nadzieją, że „głupia Holendera za ladą” zrozumie polską gramatykę) – true story.

Biura pracy wymagają języka angielskiego. To taka podstawa, jeśli już podejmujesz się wyjazdu za granicę. Pamiętam swoją rozmowę rekrutacyjną w biurze, jeszcze w Polsce. Pani powiedziała, że teraz pogadamy po angielsku w celu sprawdzenia mojego poziomu komunikacji. Spodziewałam się przesłuchania jak na maturze… skończyło się na trzech czy czterech pytaniach typu: „Która jest godzina?”, „Wymień swoje zainteresowania”, „Po co jedziesz do Holandii?”. Na podstawie tak banalnych pytań określano czy dogadasz się z obcokrajowcem. Zabawne? Ja byłam w szoku. W jeszcze większym, kiedy okazało się, że ¾ zakładu to Polacy i dotarło do mnie, że ten test języka to tylko biurowa formalność. Ale te wszystkie szokujące banały dotyczące biur pracy to nic w porównaniu z ludźmi, na których możesz trafić. Z racji, że wszyscy normalni szybko się ulatniają i wynajmują pokoje, by żyć jak ludzie, ty na dzień dobry trafiasz do masówki, w której przynajmniej przez pierwsze tygodnie, musisz się zaaklimatyzować.

Pewnego dnia przyjechała dziewczyna, której plan był bardzo prosty (i jak zauważyłam, bardzo popularny w Holandii) – znaleźć bogatego Marokańczyka. Oczywiście najpierw wypadało przetestować każdego kandydata tak więc co weekend urządzała sobie randki w pokoju. Na szczęście miała choć trochę kultury i sprowadzała wszystkich potencjalnych wybranków kiedy jej współlokatorki nie było w domu.

Raz przyjechał też chłopak, nazwijmy go A. Jakoś nad ranem obudził mnie telefon od koordynatora, że kolega się trochę spóźnił, ale czeka właśnie pod drzwiami domku i trzeba go wpuścić i pokazać pokój… nad ranem! Otwieram drzwi – cześć, cześć i zamiast walizki, najpierw do przedpokoju A. wnosi gitarę elektryczną i piecyk. Nie przypuszczałam, że A. będzie „In love with the coco” i z nadmierną energią będzie wkur*** wszystkich brzdękając non stop, nie zwracając uwagi na to, że ktoś może spać po nocce czy dwunastu godzinach pracy. Grać potrafił, cholernie był zdolny, szkoda tylko, że po białych proszkach latał trzy dni, nie śpiąc, nie jedząc – grając, w dodatku nie używając tak genialnego wynalazku jakim są słuchawki, bo jak tłumaczył, nie lubił.

Trafiają się też cwaniaczki i bohaterowie, którzy po alko są jak bogowie, którym też przesłania jedno – byle do weekendu. Szef to sknera, bo każe pracować, a za siedzenie na dupie wywala do domu. Dziwne, prawda? Przecież bogowie nie pracują, bogowie się delektują. Tak też w weekend czują się panami swojego życia. Parę browarów, wódka u sąsiada w pokoju obok i koniec końców – komisariat. Bo jak to, on nie może drzeć się w środku nocy i awanturować z właścicielem? Jak to głupi Holender może mu czegoś zabronić, przecież płaci za pokój tyle pieniędzy, że mógłby się za to nieźle na…. Pamiętam, że w ten dzień nie dość, że po jednego przyjechała policja, drugi postanowił z buta wrócić do Polski.

Najbardziej jednak zaskakują mnie osoby, które z angielskim mają nie po drodze, holenderskiego też się nie nauczą, a chcą zarabiać jak szefostwo. I gardzą każdą robotą, bo tu jest zimno i śmierdzi, bo tu trzeba dźwigać, bo tu na dworze i w deszczu po dwanaście godzin. A miało być tak kolorowo, ciepło i przytulnie, jak obiecywali w Polsce. Wyobrażenia o życiu za granicą są niewiarygodne. Przecież płacą w euro, przecież to inny świat. A tu proszę, niespodzianka.

Realia mogą boleć, a start nie jest łatwy. Zdarza się, że za pierwsze przepracowane tygodnie na konto wpływa niecałe 100euro. Czasem pracy nie ma na tyle, by pracować każdego dnia 8godzin i po wypłacie (z której biuro odciągnęło za domek, ciuchy robocze i inne podatki) ledwo starcza na jedzenie. W sezonie fakt, pracujesz po 12-14 godzin, bo w końcu przyjechałeś pracować, a nie na wakacje, ale to też źle, bo polakowi nie wygodzisz. Przyjechał Pan i jak Pan ma być traktowany. Pobudka. Chcesz zarobić i żyć jak Holender – musisz mieć twardy tyłek i zaciśnięte zęby. Resztę prędzej czy później odsyła się z kwitkiem.