Wprowadzając się do naszego szeregowca, na dzień dobry dostaliśmy książeczkę typu „dobry sąsiad”. Kilka, może kilkanaście stron poradnika, jak być dobrym sąsiadem, o czym powinniśmy informować lokatorów po drugiej stronie płotu i czego zdecydowanie nie powinniśmy robić ze względu na dobro ogółu. Bo ponoć z sąsiadem najlepiej żyć w zgodzie.

Rady radami, ale jeśli trafisz na ciężki charakter to i poradnik na nic. Na szczęście my wpadliśmy na cichą, spokojną dzielnicę i mało konfliktowych sąsiadów (przynajmniej na razie). Ponoć ciężko znaleźć wymarzony dom w przyjaznej okolicy i do tego z normalnymi ludźmi wokół. Chyba mamy farta. 

Jednak to nie okolica sprawiła, że w końcu poczułam się jak w domu, a gmina naszego małego miasteczka. Pewnego piątkowego popołudnia, kończąc swoją świeżo zaparzoną kawę, słyszę dzwonek do drzwi. Pierwsza myśl, kurier z paczką. Otwieram, a tam starsza pani z pięknym bukietem kolorowych tulipanów. Uśmiechnięta od ucha do ucha, zaczyna opowiadać co ją do mnie sprowadza. Ja i mój podstawowy holenderski kontra babcinka, która niestety po angielsku zbyt wiele nie mówiła. Bariera językowa? Pff! Jej chęci porozumienia się ze mną były tak duże, że bez większego problemu zrozumiałyśmy się na wzajem. Trochę na migi, trochę na półsłówka, a najważniejsze było i tak zwyczajne „Welcom”. Urocza, starsza pani przyniosła nam kwiaty od gminy, na przywitanie, tak po prostu. Ciesząc się, że wybraliśmy właśnie tą okolicę i zachęcając przy tym, do brania udziału w różnych ich wspólnych, osiedlowych akcjach.

W ten dzień zrozumiałam jak mili i fajni są Holendrzy, którzy wiedząc, że pochodzimy z Polski, traktują nas na równi, mimo tego, że nie rozmawiamy jeszcze w ich języku. Sami wpadną się przywitać, przy okazji spytają, czy czegoś nam nie trzeba. I w tym wszystkim zaskakuje mnie najbardziej prosty fakt, jak niewiele trzeba, by poczuć się dobrze i ciepło. Tulipany okazały się naszą pierwszą, holenderską ozdobą w pustym salonie. Taki kolorowy akcent, by poczuć się w pełni na swoim.